Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 089 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Do premiera - list

poniedziałek, 15 sierpnia 2011 19:47

Panie Premierze,

 

Wybaczy pan, że nie zaczynam od zwyczajowej formułki "Szanowny Panie Premierze". Jestem człowiekiem, który lubi prawdę, więc nie chciałbym kłamać, że pana szanuję. Przez dotychczasowe lata swojej kariery politycznej, a w szczególności przez ostatnie cztery lata swojego premierowania nie zapracował pan na mój szacunek. Nie tylko mój. Osobiście znam wiele, wiele osób, które podzielają moją ocenę pana osoby i pana rządów. Ile jest ich w całej Polsce - Bóg raczy wiedzieć, musi pan jednak mieć świadomość, że to nie "margines", "wataha" ani "mohery", jak lubicie pan i pana koledzy nazywać tę ogromną grupę Polaków, którzy chcą odejścia pana formacji.


Panie premierze, mam dobrą pamięć do twarzy. Pamiętam pana twarz z filmu "Nocna zmiana" przedstawiającego kulisy obalenia rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku. Była to twarz młodego, trzydziestoparoletniego człowieka owładniętego żądzą władzy. Przypominam sobie pańskie słowa, które wypowiedział pan podczas narady u prezydenta Lecha Wałęsy. "Panowie policzmy głosy". Nie chodziło panu o poznanie argumentów zwolenników lustracji, o rozsądne zbadanie sprawy poprzez wykonanie uchwały przyjętej przez Sejm. Chodziło panu o szybkie przejęcie władzy przez pańską klikę polityczną.


Po kilkunastu latach stał się pan najpotężniejszym politykiem naszego kraju. Dysponuje pan bogatą, doskonale umocowaną w biznesie partią polityczną, największymi mediami, w tym telewizjami mającymi ogromny wpływ na kształtowanie opinii publicznej. Ma pan poparcie kluczowych polityków Unii Europejskiej, o której jakże ciepło się pan zawsze wypowiada. Ma pan do dyspozycji wszystkie służby specjalne, policję i wojsko. Są na każde pańskie skinienie. Sprzyjają panu niezawisłe rzekomo sądy. Także prokuratura, z nazwy tylko niezależna, jest do pana usług. Bez większego wysiłku może pan rozprawić się z każdym pana przeciwnikiem. I robi pan to bezwględnie.


Pana rządy polegają na ciągłym wynajdowaniu wrogów wewnętrznych, tak aby odwrócić uwagę wyborców od pana nieudolności i braku kompetencji do rządzenia bez mała 40-milionowym państwem. To oczywiście stara, znana z wielu dyktatur metoda sprawowania władzy nad opinią publiczną. W pana przypadku jednak kłamstwo zostało podniesione niemalże do rangi sztuki. Tak, przyznaję, jest pan prawdziwym sztukmistrzem w przedstawianiu kłamstwa jako prawdy. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: katastrofy kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim. Swoim natychmiastowym przyjazdem na miejsce wypadku wywarł pan niebywałą presję na organa ścigania, które w niesłychanym jak na polskie warunki tempie postawiły zarzut maszyniście pociągu, gnojąc mu życie na wiele, wiele lat. Odwrócono dzięki temu uwagę od katastrofalnego stanu infrastruktury kolejowej, która nie pozwala pociągom na rozwijanie normalnych prędkości. Nie wykluczam, że maszynista mógł popełnić błąd i w danym miejscu jechał zbyt szybko, ale nie zmienia to faktu, że niemal już żaden pociąg w Polsce nie jeździ zgodnie z rozkładem jazdy, ponieważ gdyby to zrobił, mógłby skończyć jak ten pod Piotrkowem. Tymczasem minister Grabarczyk, odpowiedzialny za katastrofę polskiego kolejnictwa i za blamaż z budową autostrad, dostaje od pana kolegów kolejne bukiety kwiatów. Dlaczego - pytam się? Czy w swojej bucie i arogancji chce pan pokazać ludziom, że za nic ma pan ich opinię, ich oburzenie i ich domaganie się wyciągnięcia konsekwencji od podwładnych?


Kolejny, najboleśniejszy przykład pańskiej indolencji, ale też czegoś znacznie gorszego, bo pańskich złych intencji, to katastrofa smoleńska. Do dziś, kiedy wracam do listy pasażerów feralnego lotu Tu-154, łzy cisną mi się do oczu. Tylu światłych, prawych Polaków utraciliśmy ostatnio podczas drugiej wojny światowej. Ale nawet wówczas nie utraciliśmy Prezydenta RP, który na uchodźstwie, ale bezpieczny, sprawował władzę. Niestety, pański rząd nawet w czasie pokoju nie potrafił zapewnić bezpieczeństwa głowie państwa. Ale moim zdaniem Pan Prezydent Lech Kaczyński zginął nie z tyle powodu zwykłego w wypadku pańskich rządów nieudacznictwa, co z powodu pańskiej osobistej niechęci. Nie chciał pan zgodzić się na to, by trzy dni po pańskim spotkaniu z Putinem, przedstawianemu w pana mediach jako historyczny przełom, Pan Prezydent RP "ukradł" panu show. Dlatego robiliście pan i pana służby wszystko co w waszej mocy, aby osłabić znaczenie wizyty śp. Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Powtarzana była teza, że jest to wizyta o charakterze "półoficjalnym", niemalże "prywatna". Zupełnie jakby Prezydent RP nie miał prawa pomodlić się  - w imieniu wszystkich Polaków - na grobach oficerów, którzy zginęli za wolną Polskę.


A potem ten straszny dzień 10 kwietnia 2010 roku i pana słynny "uścisk" z Putinem. Czy pan chce, czy nie chce, właśnie z tym obrazem przejdzie pan do historii naszej Ojczyzny. Dołączy pan tym samym do grona pańskich poprzedników, którzy również weszli w bliskie relacje z Carem: Szczęsnego Potockiego i innych. Tamten uścisk nie urósłby do rangi symbolu, gdyby zachował się pan jak na premiera polskiego rządu przystało. Pan jednak w imię budowania swojego wizerunku "kochającego miłość" oddał śledztwo Rosjanom, sprawiając tym samym, że niemal od razu w świat poszła krzywdząca ofiary i nas, Polaków, fałszywa wersja, że za katastrofę odpowiedzialni są piloci, plus generał i prezydent którzy wywierali na nich presję psychiczną. Szkód dla naszego wizerunku, jakie pańska lekkomyślna decyzja spowodowała, nie da się zmierzyć. Będą szły w następne pokolenia. A największą szkodą jaką pan wyrządził, jest ostateczne odebranie Polakom wiary w ich państwo. Tego wybaczyć panu nie mogę.


Również podczas wyjaśniania okoliczności katastrofy smoleńskiej przez stronę polską przyjęto czysto "PR-owskie" założenia, to jest - nie biorące nawet pod uwagę ewentualności pańskiego udziału w odpowiedzialności za dramat 10.04.2010. Jak dotąd (i nic nie wskazuje na to, żeby to się zmieniło) skończyło się na dymisjach paru generałów i niższych rangą oficerów. Do dymisji podał się też minister obrony narodowej Klich, którego nie omieszkaliście pan i pana prezydent Komorowski pożegnać z wszystkimi honorami. Czym minister Klich zasłużył na takie traktowanie? Czy tym, że podczas jego kadencji Wojsko Polskie straciło (w dwóch katastrofach lotniczych - Casy i Tu-154) niemal wszystkich dowódców rodzajów Sił Zbrojnych, że państwo polskie straciło posłów, senatorów, ministrów i wielu, wielu innych przedstawicieli naszej narodowej elity? Czy tym, że w czasie swojej kadencji nie poczynił ŻADNYCH poważnych zakupów wyposażenia dla polskiej armii doprowadzając jej zdolność bojową do skali armii Łotwy? A może tym, że uwielbiał otaczać się klakierami, którzy podawali mu kłamliwe dane o stanie naszego wojska? Jeśli to są powody do honorowania ministra, to na takowe zasługuje każdy z członków pańskiego, pożal się Boże, rządu.

 

Przyznanie generalskich belek panu Janickiemu, który jako szef Biura Ochrony Rządu, bezpośrednio odpowiada za niezabezpieczenie wizyty śp. Lecha Kaczyńskiego, było jak splunięcie w twarz wdowom i wdowcom, a także nam, zwykłym Polakom, wychowanym w poszanowaniu dla takich wartości, jak prawda, uczciwość czy honor.


Panie premierze, nie chcę się tu za dużo rozpisywać, bo pewnie i tak nie przeczyta pan tego listu. Wiem, że nie lubi pan roztrząsania problemów, woli pan pojechać na stadion, przeciąć wstęgę albo pokopać futbolówkę. Ja też kocham piłkę nożną, ale jeszcze bardziej kocham moją rodzinę i moją Ojczyznę, którą traktuję jako największą rodzinę. Dlatego życzę panu z całego serca, z serca przepełnionego wściekłością za te cztery zmarnowane polskie lata, aby odszedł pan na zawsze z polityki. A na wstępie - stawił się przed Trybunałem Stanu. Sprawiedliwy sąd nad panem może stać się zarzewiem oczyszczenia naszego życia zbiorowego z kłamstwa, cwaniactwa i zwykłego tchórzostwa.


Tego panu życzę w dniu 15 sierpnia. 91 lat temu Polacy potrafili rozprawić się z nawałą bolszewicką. Jestem pewny, że silni wiarą i modlitwami swoich ojców, będą umieli rozprawić się z pańskimi opłakanymi rządami.



Podziel się
oceń
3
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Na rocznicę Smoleńska

sobota, 09 kwietnia 2011 14:22

 

Warto spojrzeć na naszą politykę z nieco dalszej perspektywy. Z niej to widać wyraźnie, że Tusk przejdzie do historii nawet nie jako człowiek, który krętactwa podniósł do rangi sztuki uwodzenia mas, ale jako ten, który na zgliszczach prezydenckiego samolotu ściskał się z ruskim namiestnikiem. Obrazy są silniejsze niż retoryka, ponieważ odkładają się w pamięci pokoleń stając się ikonami czasów. Ikoną rządów Tuska jest i już po wsze czasy pozostanie katastrofa smoleńska, pogrzebanie w tamtejszym błocie najlepszych synów naszej Ojczyzny.

 

Współczesne czasy nie lubią patosu. Lubią za to patologię. Patologia jest pożądana i jako temat dla sztuki, i jako pożywka dla mediów. Łatwo czasami jedno z drugim pomylić. Pamiętamy wszyscy dni po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy telewizje pełne były ociekającego łzami przekazu, a emocje pompowali liczni specjaliści w dziedzinie masowej manipulacji. Ile prawdy było w tej medialnej żałobie, pokazał czas. Już w sierpniu 2010 na Krakowskim Przedmieściu górę nad patosem wzięła patologia, na którą łapczywie rzuciły się telewizja i Internet. Pijani "młodzi wykształceni z dużych miast" mieli być dowodem na to, że Polska wyzwoliła się już z okowów tradycji nakazującej elementarny szacunek dla zmarłych a także dla symboli religijnych, takich jak krzyż. Niedobrze się stało, że ten znak nowego przymierza między Bogiem a człowiekiem stał się symbolem politycznej rozróby i nienawiści podsycanej umiejętnie pod kątem zwiększania oglądalności przekazu. Nie tłumaczy to jednak bezprzykładnego ataku na fundamenty naszej, polskiej cywilizacji, nieodłącznie związane z chrześcijaństwem.

 

Tak jak po kwietniu 2010 roku staliśmy się innym krajem, w pewnym sensie uboższym o idee "osierocone" przez swoich ambasadorów, tak po sierpniu 2010 roku zobaczyliśmy, dokąd możemy dojść, kiedy w miejsce wartości wstawimy pseudowartości pod hasłem "jest krzyż, jest impreza", kiedy w miejsce Chrystusowego znaku pojawi się jego parodia zmontowana z puszek po piwie i innych popkulturowych resztek. Lud na Krakowskim Przedmieściu symbolizuje dzisiejszą Polskę - głęboko podzieloną, ale też głęboko oszukaną, zmanipulowaną, pogubioną. Widać jak bardzo brakuje nam dziś duchowego nauczyciela, jakim był Jan Paweł II. Nastąpiła erozja modelu funkcjonowania narodu zbudowanego wokół społecznej nauki Kościoła, model ten rozpadł się i został zastąpiony przez filozofię neoliberalnej wolności. Ma to swoje skutki we wszystkich dziedzinach życia, od edukacji począwszy, na kulturze skończywszy. Ale może musimy pogodzić się z końcem "epoki wielkich nauczycieli"?

 

Żyjemy w ekstremalnych czasach wykluwania się nowego kształtu naszego życia zbiorowego. Jakie ono będzie - trudno w obecnej chwili wyrokować. Trzeba jednak zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze - na mobilizację "obozów" - obozu Tradycji i obozu Postępu, mówiąc w dużym skrócie. W pierwszym górę bierze narracja mesjanistyczna, z wypowiedziami programowymi J.M. Rymkiewicza i jego ucznia W. Wencla. Obaj podkreślają polskie "umiłowanie wolności", obaj też wyznają kult Tanatosa. "Dla nas - pisze Wencel - przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy". Trudno mi zgodzić się z taką wizją Polski, chciałbym abyśmy za porywy ducha nie musieli płacić zrujnowaną infrastrukturą i przestarzałym systemem edukacji. Silne państwo nie jest nam potrzebne do zbawienia, ale do godnego życia doczesnego.

 

Wencel miesza porządki, stając się łatwym celem ironistów z "obozu Postępu". Ten z kolei chciałby widzieć Polskę jako po prostu jeden z wielu krajów zachodnich i jego program sprowadza się do adaptacji zachodnich rozwiązań społecznych na naszym gruncie. Błazeństwa pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu są rozpaczliwym wołaniem polskich postępowców do świata zachodniego: "jesteśmy tacy jak wy, nie musicie już traktować nas jak ubogich krewnych, spójrzcie jak potrafimy kpić z naszych świętości...". Nie zdają sobie jednak sprawy, że tak naprawdę są tylko reakcją na ofensywę tradycjonalistów, że uczestniczą we wspólnym mechanizmie i nie proponują de facto nic nowego, nic co wykraczałoby poza polski chocholi taniec.

 

W tej sytuacji usiłuje znaleźć się Tusk, głosząc pragmatyczną ideologię "ciepłej wody w kranach" jako odpowiedź na skrajnie spolitycyzowaną ideologię Prawa i Sprawiedliwości. Jest to pułapka, albowiem jak powiedziałem na wstępie, w polskich warunkach mitologizacja postępuje znacznie szybciej niż pragmatyzacja. Tuskowa klęska polega nie tylko na braku elementarnej umiejętności rozwiązywania problemów, ale na nieumiejętności odczytania meandrów polskiego życia, tej "lawy", która płynie swoimi kanałami pod pękającą warstwą pudru.

 

Drugim elementem, na jaki proponowałbym zwrócić obecnie uwagę, jest milczenie Kościoła po kwietniu, a zwłaszcza po sierpniu 2010 roku. Kościół, który w naszych dziejach najnowszych odegrał decydującą rolę w odzyskaniu przez Polaków podmiotowości, w obecnej sytuacji stracił umiejętność dialogu ze społeczeństwem. Ów brak zaangażowania nie musi jednak oznaczać braku zainteresowania dla biegu polskich spraw. Myślę że polski Kościół jest równie podzielony, co polskie społeczeństwo, stąd nie możemy, przynajmniej na razie, oczekiwać od niego zajęcia mocnego, jednoznacznego stanowiska choćby w kwestii formy upamiętnienia śp. prezydenta. Ale być może taki głos z Kościoła wyjdzie, może narodzi się osobowość na miarę kardynała Wyszyńskiego, który "ludowość" polskiego katolicyzmu potrafił doskonale łączyć z "arystokratycznym" w duchu "non possumus".

 

"Okołosmoleńskie" refleksje chciałbym zakończyć jakimś pozytywnym akordem. Jest nim moim zdaniem nadzieja, że z trwającego obecnie starcia sił w naszym kraju powstanie nowa jakość, nowoczesne państwo zdolne adaptować najlepsze rozwiązania cywilizacyjne, a jednocześnie mocno tkwiące korzeniami w tradycji. Mimo bolesnej straty, jaką wszyscy ponieśliśmy rok temu pod Smoleńskiem, możemy i powinniśmy pokazać światu, że jesteśmy silni, może nawet piekielnie silni. Nie pierwszy raz w naszej bogatej historii.

 


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: Smoleńsk

komentarze (13) | dodaj komentarz

Leć, Tusku, leć

poniedziałek, 28 lutego 2011 14:35

 

Kilka dni temu na krótką migawkę zobaczyłem w telewizorze Tuska. Był na zawodach w skokach narciarskich w Oslo. I przez tę krótką chwile widziałem twarz człowieka, który się piekielnie czegoś boi. Uderzający był kontrakt był między Tuskiem a pozostałymi kibicami, radosnymi, wypoczętymi ludźmi.

 

Od pewnego czasu staram się patrzeć na Tuska nie jak na polityka, ale jak na człowieka ustawionego w roli polityka. Uważam, że ta rola go przerosła i on już o tym wie, ale wrodzona duma nie pozwala mu przyznać się do tego. Więc brnie - w spadającą popularność, w nic nie znaczące gesty o zabarwieniu propagandowym, w wyniszczającą walkę wewnątrzpartyjną. Dokąd go zaprowadzi ta równia pochyła? Najpewniej do oddania władzy. Pytanie tylko czy odda władzę któremuś z obecnych pretorian, czy też odda ją opozycji. Póki co na naszych oczach odbywa się próchnienie czegoś, co jeszcze trzy lata temu wydawało się monolitem.

 

Tak wiele ironicznych słów wypowiada się na temat charyzmy w polityce. Nie odmawiam Tuskowi zdolności manipulowania masami, ale bez znaczącej pomocy przychylnych mediów nic by w tej dziedzinie nie osiągnął. Nie ma bowiem za grosz charyzmy. Uśmiechy i gesty to czysty pic na wodę, ale jeszcze nie charyzma. Moim zdaniem charyzma bierze się z wewnętrznego przekonania, że to co robię, robię nie tylko z woli przetrwania, ale i dla przyszłych pokoleń. Charyzma to poczucie ciągłości z poprzednimi i przyszłymi czasy. To umiejętność pochwycenia idei i poniesienia jej dalej.

 

Tusk nie posiada tego daru. Jego rządy w pewnym momencie przestały być nawet pozorem, są już tylko walką o przetrwanie, dryfowaniem w niewiadomym kierunku. Coraz bardziej zagubiony i osamotniony, mogący liczyć już tylko na najwierniejszych dworzan, Tusk nie potrafi być przekonujący nawet jako kibic Adama Małysza.

 

A wracając do początku, to jest do strachu Tuska. Wydaje mi się, że jest to lęk chłopca-ulubieńca klasy, który został przyłapany na czymś brzydkim, na przykład rozmazywaniu smarków na ścianie. Chłopiec już wie, że jego czar prysnął jak mydlana bańka. Jeszcze nikt głośno nie mówi o nim "smarkacz", ale atmosfera szyderstwa gęstnieje z minuty na minutę. Jeszcze chwila i chłopiec będzie musiał wyjść z klasy, zamknąć się w ubikacji i przełknąć gorycz ostatecznej porażki.



Podziel się
oceń
1
0
Tagi: Tusk

komentarze (23) | dodaj komentarz

Nudne jak mechanizm propagandowy

środa, 26 stycznia 2011 16:11

 

Działanie PO-wskiej maszynki propagandowej staje się nieznośnie przewidywalne. Na przykład rząd zalicza wtopę i momentalnie następuje "wrzutka" tematu zastępczego. Tusk był na nartach w czasie ogłaszania raportu MAK, a zareagował na niego z dużym opóźnieniem, dając światowej opinii publicznej czas na łyknięcie wersji o pijanym polskim generale, który każe lądować spanikowanym pilotom. Nie mija kilka dni, a z Prokuratorii Generalnej wychodzi informacja, że rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej dostaną takie a takie odszkodowanie. Rzecz bez precedensu, bo takich danych nigdy dotąd się nie ujawniało. Nic to. Jak można było przewidzieć, wrzutkę twórczo rozwinęły zawsze usłużne Tuskowi media i polska opinia publiczna od kilku dni nie interesuje się raportem MAK i polską odpowiedzią nań, ale tym jakie to pazerne są wdowy i sieroty po ofiarach katastrofy smoleńskiej.

 

Oprócz przekierowywania uwagi ludzi stosuje się jeszcze jeden zabieg propagandowy. Mianowicie kreuje się tzw. zmęczenie Smoleńskiem. Na facebooku zawiązała się np. strona "dzień bez Smoleńska", która skupia ludzi deklarujących obrzydzenie do "politycznego wykorzystywania" katastrofy. Poza faktem, że inicjatywa śmierdzi palonym kotem, mam do niej jedno zasadnicze zastrzeżenie. Przecież nie ma obowiązku interesować się tematem Smoleńska, nie ma obowiązku dociekać prawdy, zadawać trudnych pytań i oczekiwać na nie szczegółowych odpowiedzi. Można w tym czasie zajmować się tysiącem innych rzeczy. Nie od 10 kwietnia 2010 roku wiadomo, że ludzie dzielą się na tych, którym zalezy i tych, którym zwisa i powiewa. Nie rozumiem tylko jednego. Dlaczego próbuje mi się narzucić - modne słowo - narrację pod tytułem "mam dość Smoleńska" jako coś w domyśle czyniącego mnie szlachetniejszym od tych, którzy chcą temat drążyć.

 

Wszystkie te zabiegi są w sumie dość prymitywne i przejrzyste dla przeciętnie inteligentnego człowieka. Bez wsparcia wiodących mediów, którym wtórują media pomniejsze, zarażone wirusem politycznej poprawności, a raczej środowiskowego konformizmu, propaganda pozostałaby tym, czym jest - rozpaczliwą próbą ratowania tyłków przez skompromitowaną ekipę PO. Mając tak potężnych protektorów jak Agora, ITI czy Axel Springer, może udawać nawet coś w rodzaju filozofii.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Koniec meczu

czwartek, 20 stycznia 2011 12:20

 

Tuska dopadła polityka. Ten zapalony piłkarz i picuś podejmujący decyzje na podstawie badań opinii publicznej po raporcie MAK został zmuszony stanąć obiema nogami już nie na miękkiej murawie boiska, ale na twardej ziemi.


"Wyniki" rosyjskiego "dochodzenia" potwierdziły to, co wszyscy w Polsce wiedzieliśmy od 9 miesięcy. Oddanie badania katastrofy smoleńskiej w ręce Rosjan musiało zakończyć się obwinieniem o wszystko załogi polskiego samolotu i całkowitym wybieleniem strony rosyjskiej. Jestem przekonany, że w swoich krótkowzrocznych rachubach Tusk próbował uzyskać od Putina jakieś ustępstwa w zamian za odpuszczenie śledztwa smoleńskiego. Dzis widać, że poniósł całkowitą klęskę, bo poza kompromitacją Polski na arenie międzynarodowej nie ugrał niczego. Mało tego, kazda reakcja podważająca rosyjską "prawdę" jest przez Kreml wykorzystywana jako pretekst do wrogich nam działań np. zamknięcia granic dla naszych towarów, zakręcenia kurka z gazem itd.

 

Są oczywiście ludzie i media w Polsce, którzy mają "oczy szeroko zamknięte" na oczywiste fakty i nawet teraz powtarzają rosyjską, a raczej sowiecką tezę o "winie pilotów", "pijanym generale" i słynnych już "naciskach". Kłamstwo jest modyfikowane. Na przykład doradca pożal się Boże prezydenta RP Komorowskiego, prof. Nałęcz stwierdził, że raportem MAK Rosjanie mieli poszczuć "PiS" na rząd, co w efekcie miało osłabić pozycję Polski w polityce międzynarodowej. Trudno o większy cynizm i zakłamanie. Raport MAK jest logiczną konsekwencją działania Tuska, a więc i osłabienie pozycji Polski (w co nie wątpią nawet tak oddaleni od rzeczywistości ludzie jak Nałęcz) jest "zasługą" I piłkarza III RP.


Wygląda to na desperacką, ale niezdarna próbę ratowania "wizerunku" rządu jako trzeźwych pragmatyków, skupionych na zapewnieniu społeczeństwu "ciepłej wody z kranów". Ale Tusk jest na tyle inteligentny, żeby wiedzieć, że ten lakier już się złuszczył, że trzeba stanąć twarzą w twarz już nie z badaniami opinii publicznej, ale z czymś tak dotąd lekceważonym, jak własny naród.


Po mistrzu bajeru znać oznaki paniki. Najpierw twierdzi, że raport MAK w wersji przedstawionej Polakom jest "w całości nie do przyjęcia", a kiedy raport, jedynie z kosmetycznymi zmianami jest gotowy, Tusk twierdzi, że wymaga on jedynie "uzupełnienia". Podobno premier dobrze radzi sobie na boisku. Dysponuje techniką i oglądem sytuacji. Ale na twardym gruncie posmoleńskiej polityki zakiwał się. Na polityczną śmierć.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  772 740  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Nie wierzę w polityczne cuda. Wierzę w politykę jako walkę o treść, nie o formę.

O mnie

Jarosław Jakubowski. Urodzony 6 marca 1974 roku w Bydgoszczy. Absolwent tamtejszego VI LO. Studiował budownictwo i politologię. Zawód: reporter.
Wydał osiem książek z wierszami: "Wada wymowy", "Kamyki", "Marta", "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców", "Wszyscy obecni", "Pseudo", "Ojcostych" i "Flow". Oraz jedną z prozą - "Slajdy". "Pseudo" i "Slajdy" otrzymały tytuły Bydgoskiej Książki Roku. Równolegle rozwija karierę dramatopisarską. W 2007 roku w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka odbyło się sceniczne czytanie tragedii pt. "Dom matki", w roku 2010 komedia pt. "Życie" zdobyła I nagrodę w konkursie łódzkiego Teatru Powszechnego. W tymże samym roku dramat "Generał" znalazł się w finale konkursu "Metafory Rzeczywistości" Teatru Polskiego w Poznaniu.
Współpracownik dwumiesięcznika literackiego "Topos". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Koronowie.

Statystyki

Odwiedziny: 772740

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl